25 lipca 2010, 12:17

25 Lip

Producenci farb uświadamiają mi z dnia na dzień, że rodzice chyba zaniedbali jakiś ważny element mojej edukacji…i to już w wieku przedszkolnym. Wtedy zazwyczaj dzieci uczą się rozpoznawania kolorów, a ja za nic nie mogę zidentyfikować tych o nazwie „wysokie obcasy”, „wiosenny sernik”, albo (uwaga, uwaga!) „pomadka poloniski”. Przypuszczam, że całkiem przyjemnie jest mieć na ścianach kolor przywołujący lekcje polskiego w podstawówce, jednak problem zaczyna się wtedy, gdy na wiaderku widnieje jedynie wykwintna nazwa typu „zimowa wariacja wiśni”, a na ekspozycji wszystkich kolorów tylko jakieś numerki i serie. Katalogi zawierają wyłącznie propozycje nowych farb, a kolorem pokazanym na puszce nie ma się co sugerować. Na ścianie wychodzi zupełnie co innego. Szukaj, człowieku…

Szczęśliwie, miła pani w tym Praktikerze, co to się spalił i już stoi na nowo, postanowiła mnie wspomóc wzornikiem innym, niż wystawione na sklepie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na kawową pralinkę, eukaliptus i dojrzałe mango – przynajmniej brzmią jakoś tak…kolorowo. :)

Reklamy
%d blogerów lubi to: